środa, 13 lutego 2013

Krótka rozprawa o kolorach w średniowieczu cz.I


 Dziś temat "kobyła". Myślę, że spokojnie można  napisać o tym XII tomową księgę. Postaram się jednak w kilku wpisach przybliżyć temat. Do rzeczy - ostatnio dość popularnym tematem w "RR"* są kolory. A dokładniej rzecz ujmując - kolory strojów. Jedni twierdzą, że ludzie w średniowieczu chodzili ubrani kolorowo, inni wręcz przeciwnie - wysuwają argumenty o  biedzie zwykłych ludzi i ogólnej mało-dostępności barwionych materiałów. Spróbuję przybliżyć co mówią o tym źródła i mądre książki i czym tak na prawdę dysponujemy. Zajmę się wełną jako, że była ona najpopularniejszym surowcem do wyrobu strojów w przeważającej części społeczeństwa średniowiecznego. Artykuł ten będzie składał się z serii pomniejszych wpisów, które będą analizować i opisywać sytuację w poszczególnych regionach. Uznałem, że będzie to ciekawsze niż długi i nudzący artykuł dotyczący całej Europy. Dzięki temu mogę też skupić się konkretnie i szczegółowo na konkretnych miastach i regionach. Dziś szeroko pojęta Europa Zachodnia. Zapraszam do lektury.

Na początek leci ikonografia. Tę traktuję jako "ponadmiejscową". Nie ma się co oszukiwać - jest kolorowo.  Pisano już, że odcienie kolorów w ikonografii mają się nijak do kolorów uzyskiwanych naturalnie. Nie jest to zasadą, ale w większości przypadków tak właśnie jest i na podstawie swojego skromnego doświadczenia w barwieniu mogę to potwierdzić. A zatem nie jest to najlepsze źródło do rekonstrukcji kolorowego stroju. Warto tutaj jednak zauważyć pewną rzecz. Mimo tego, że wiadomym jest, iż część lub może nawet większość malarzy pracowała dla mniej lub bardziej możnych ( de Berry jest oczywistym przykładem) to można zauważyć jedną charakterystyczną rzecz. Nie ważne gdzie, kto i w jakim czasie tworzy - zawsze ( no może prawie zawsze...) przedstawia ludzi ubranych w jakiś sposób barwnie. Wykluczam oczywiście pewną ilość przedstawień przy pracy itp. oraz biorę pod uwagę, że takie przedstawienia mogły być upiększane w celu przedstawienia rzeczywistości idealniejszej niż jest zatem trzeba pamiętać o marginesie błędu, ale wniosek nasuwa się dość oczywisty - analizując ikonografię można stwierdzić, że ludzie starali ubierać się możliwie kolorowo.
Chłopi przy pracy w
słynnych wydają się być całkiem kolorowi...
 "Les Très Riches Heures du duc de Berry"
Francja, ok.1410
Pojawia się tu jednak pytanie: czy to wszystko nie jest przesadzone, czy faktycznie średniowiecze było aż tak kolorowe i czy wszyscy mogli sobie pozwolić na takie tkaniny. Moja żywość umysłu każe mi w ten fakt wątpić.

Sprawdźmy co napisali o tym Crowfoot&Pritchard&Staniland w "Excavations in London. Textiles and Clothing". Przeanalizowano 351 próbek pochodzących z różnych stanowisk archeologicznych w Londynie. W większości są to próbki datowane na XIVw. Jest też niewielka liczba pochodząca z XIIw., XIIIw. oraz XVw.  Ze wszystkich próbek pozytywny wynik na obecność barwnika dało (aż!) 220 (63%) przy czym sami autorzy zauważają, że odsetek wełen mógł być wyższy ze względu na nietrwałość niektórych roślinnych pigmentów. Wśród wszystkich barwników zdecydowanym zwycięzcą jest marzanna. Wydaje się więc, że kolor czerwony był dość popularny wśród średniowiecznych mieszkańców Londynu. Zdziwić może natomiast fakt, że indygotynę ( obecną w indygo i urzecie barwierskim) odkryto w mniej niż 5% przypadkach. Jest to o tyle dziwne, że urzet barwierski, o czym wspominają autorzy, jest  dość licznie odnotowywany  w zapiskach handlowych. Oczywiście możemy również stwierdzić, że słabo wybarwione na niebiesko tkaniny mogły się nie zachować, gdyż indygotyna jest nietrwałym chemicznie barwnikiem. Nawet jednak gdyby odnotowano nie 5% a 10% próbek wybarwionych na niebiesko to patrząc holistycznie jest to mała liczba. Odnaleziono również wełny barwione na żółcie i brązy, przy czym należy zauważyć, że żółci najprawdopodobniej używano również w połączeniu z innymi surowcami barwierskimi takimi jak marzanna (odcienie pomarańczowego, złotego, brązowego) lub z urzetem (najprawdopodobniej droga "kermitowa" zieleń). W ogóle należy zauważyć, że barwniki często łączono i używano w celu ożywienia, zmienienia lub nadania odpowiedniego odcienia tkaninie.  Reszta tkanin najprawdopodobniej nie była barwiona...  Można przyjąć, że pozostałe 37% albo nie było barwione w ogóle, lub zostało wybarwione barwnikami typu kora olchy i dębu, galasy, łupiny orzechów, które są bardzo nietrwałe. Są to surowce dające kolor szary, brązowy, czarny i ich wszelkie odcienie. I już widzę ten wysyp mroków biegających w czarnych nogawicach (powrót do korzeni?) i dubletach. Czerń, o której piszę to nie jest na pewno czerń anilinowa, jaką można dostać w sklepach. Bliżej jej do ciemnej, nasyconej szarości i burości, ciemnych brązów niż do współczesnej czerni.

Marzanna barwierska. Trochę to późne, ale jest.
"Herbarium Blackwellianum. . ." 
Nuernberg, 1750–73
Warto przyjrzeć się również znaleziskom z Yorku. Co prawda w "Coppergate" nie odkryto za wiele barwionych tkanin ( lub przynajmniej ja nie dokopałem się do spisu), ale odkryto za to dość duże ilości surowców barwierskich z czasów anglosaskich. Co dokładnie znaleziono ? Po pierwsze oczywiście marzannę. Jako, że do barwienia stosowano głównie korzenie marzanny, to właśnie te części rośliny zostały odnalezione przez badaczy. Autorzy potwierdzają również, że najczęściej odkrywanym barwnikiem w tekstyliach (wykopane fragmenty tkanin) z Coppergate była właśnie alizaryna pochodząca z marzanny. Druga popularna i często odnotowywana  roślina to janowiec barwierski. Do farbowania używano całych roślin. Dowodzi to, że w średniowieczu oprócz głównych i podstawowych barwników lubiono także wykorzystywać lokalnie dostępne surowce. Fakt ten potwierdzają również znaleziska z Nowogrodu, o czym napiszę w kolejnych częściach artykułu.  Oznacza to, że rekonstruując określoną postać zamieszkałą w konkretnym rejonie geograficznym należy wziąć pod uwagę lokalną dostępność surowca do barwienia (dla przykładu- ustalono, że w tych samych czasach, gdy anglosascy farbiarze używali na szeroką skalę marzanny, w wikińskim Dublinie i na Grenlandii przeważał  fiolet uzyskiwany z porostów). Ostatnią z głównych roślin barwierskich jest urzet. Odnaleziono go w kilu przypadkach. W małych ilościach odnaleziono również szczątki rezedy ( dającej kolor żółty).  Roślina ta występuje jednak jako zwykła część flory miejskiej (chwast), więc do końca nie wiadomo w jakim stopniu była wykorzystywana do barwienia.

Przytoczę jeszcze ciekawy wpis z kolejnej pozycji.  Badania, o których napiszę warto przeanalizować między innymi dlatego, że próbki pochodzą z różnych rejonów i krajów Europy. Całość datowana jest na tzw. "Viking Age", co wg autora obejmuje lata 800-1066. Zbadano 220 próbek pochodzących z Dublina, miasta Yorvik i 19 innych miejsc w Norwegii i Dani. 90 (41%) z nich dało pozytywny wynik na obecność barwnika. Oczywiście, tak jak się spodziewałem, odkryto barwniki pochodzące zarówno z popularnej marzanny barwierskiej jak i porostów (co jest dość jednak lokalnym elementem, chociaż w Londynie również o nich wspominano) dających kolor purpurowy. Stwierdzono występowanie koloru żółtego ( nie określono surowca barwierskiego) oraz pigmentu indygotyny, najprawdopodobniej pochodzącej z urzetu, który to surowiec był również mieszany w celu uzyskania fioletów ( z marzanną) i zieleni (niezidentyfikowane zielsko dające żółć). W kilku przypadkach stwierdzono również występowanie łupin orzecha włoskiego ( na zaprawie z żelaza) dającego bardzo ciemne odcienie brązu. Niestety nie ma danych procentowych, w jakich proporcjach występowały względem siebie barwniki. Co ciekawe stwierdzono również, że poszczególne barwy dominowały w konkretnych rejonach. Czerwień w Danelaw (nazwa użyta w "Anglo-Saxon Chronicle", dziś środkowa Anglia), fiolet w Irlandii, błękity i zielenie w Skandynawii. Myślę, że należy tu przede wszystkim uwzględnić różnice regionalne oraz dostępność poszczególnych roślin. Przepięknym przykładem ilustrującym regionalne różnice w dostępności kolorów jest wiersz niejakiego Winric'a z Treves (l068-97), który już w XI wieku, w swoim "Conflictus Ovis et Lini" pisze o zieleni Flandrii, czerwieni Anglii, niebarwionych tkaninach Teutonów i "pięknym czarny barwniku" Nadrenii.

Interesujące rozporządzenie wydano również w Szkocji, w roku 1457. Dotyczyło ono  robotników i pracowników rolnych, którym nakazywało w normalny dzień nosić stroje w barwie szarej lub białej ( tu najprawdopodobniej chodzi o wełnę niebarwioną) zaś w dzień świąteczny tkaniny "jasno niebieskie lub zielone lub czerwone".

Ciekawe wnioski nasuwają się jeśli chodzi o kolor czerwony. Tkaniny, które zawierały ten barwnik zostały odnalezione w Londynie oraz innych miejscach w dość dużym odsetku. Z kolei duża ilość korzenia marzanny w Yorku pozwala myśleć, że nie był to wyjątek. Wynikałoby z tego, że cena barwienia marzanną wcale nie była zaporowa dla części (bądź większości) mieszczan. Mówię oczywiście o mieszkańcach poszczególnych regionów Anglii i okolic co można najprawdopodobniej rozciągnąć na tereny Flandrii, Niderlandów i płn. Francji, gdyż to właśnie tam najmocniej zaznaczały się wpływy angielskie. Wielka Brytania była znana z użycia tego barwnika. Już w XI-wiecznych angielskich źródłach podane są instrukcje dotyczące uprawy marzanny barwierskiej. Rośliny te uprawiano również na  szeroką skalę w Niemczech i we Francji aż do uzyskania przez naukowców alizaryny drogą sztucznej syntezy w roku 1868.
Farbiarz przy pracy. 
"Die Hausbücher der Nürnberger Zwölfbrüderstiftungen”
Niemcy, ok.1425 

Co zaś do koloru niebieskiego się tyczy, to warto zauważyć, że po sprowadzeniu indygo do Europy, farbowanie nim często było zakazywane. W Niemczech uznano ten barwnik za niszczący włókna. Należy tu chyba jednak doszukiwać się interesów kupców handlujących urzetem (Niemcy aż do XVIII wieku były największym eksporterem tejże rośliny) niż niedostatecznej wiedzy farbiarskiej Niemców. W Anglii, w pewnym okresie, stosowanie indygo było karane nawet śmiercią. Nie zmienia to jednak faktu, że nie mamy, jak do tej pory, dowodu wykopaliskowego, który potwierdziłby, że barwienie urzetem było dostępne dla wszystkich warstw społecznych i faktycznie stosowane na szeroką skalę. W następnym odcinku : Królestwo Polskie i okolice.




* Jedno z najmniej odpowiednich określeń dotyczących rekonstrukcji historycznej w Polsce jakie słyszałem. Rycerzy to u nas jak na lekarstwo...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz